poniedziałek, 1 lipca 2013

29. Puszek okruszek, kłębuszek..

Tak, tak, TAK! Czyli relacja dnia wczorajszego - stał się cud boski! 

Mój ukochany stanął w drzwiach, dzierżąc w ramionach niedźwiedziowate, czarne szczenię przepasane czerwoną bandanką. Nie mógł nawet nic powiedziec. Pisnęłam głośno, zaniemówiłam, po czym przytuliłam ich oboje, czując, jak serce boleśnie uderza mi o wnętrzności. 
Dotknęłam jego futerka. Ciepłe, ciemne, miękkie. Wzięłam na ręce. Trzęsłam się jak w agonii. Widziałam łzy w oczach Kamila. Tak się cieszył moim szczęściem. A ja? Nie miałam siły ani krzyczec, ani płakac, ani się śmiac. Byłam w totalnym szoku i stresie. Położyłam psiaka na podłodze, na której rozpłaszczył się jak czarny dywan. Kot, widząc to c o ś, które nie pachniało ani kotem, ani człowiekiem i wstąpiło na jego teren, zjeżył się i zaczął warczec, przesuwając się wolno i bezpiecznie pod ścianami. Byłam jednocześnie zachwycona, jak i smutna, a także zmartwiona. Tyle skrajności na raz! No bo co? Leży oto przede mną to coś, grubiutkie i wzdychające niedźwiedzio, wszyscy patrzą na niego w wyczekiwaniu - kim jest, co tu robi, jak się zachowa. Z jednej strony - zaraz pożegnam się z Kotem. Skrajnośc. Z drugiej strony - leży przede mną moje uiszczone marzenie. Skrajnośc. Z trzeciej strony - wszyscy go zaczepiają, podnoszą i forsują. Skrajnośc i zdenerwowanie. Dajcie Wy mu wszyscy święty spokój, to źle na niego wpłynie!
Oto jak nawet w niesamowitym rozchwytywaniu się moich emocji potrafię zachowac zimną krew i trzeźwe myślenie. W końcu szykowałam się do tego momentu całe lata, musi przejśc dobrze, a szczenię wychowane najlepiej, jak tylko potrafię. Ku mojemu zdziwieniu, pies okazał się miec to gdzieś i trzymac się swoich zasad. Wcale nie okazywał strachu, a jedynie lekkie oszołomienie. Przeniosłam go w miejsce, gdzie jest mniej wystawiony na ciągłe mijanie i zaczepianie, czyli do mojego pokoju. Rozpłaszczył się na ponów, pomrukując. Przynieśliśmy mu nieco chłodnej wody w miseczce, którą po chwili wychłeptał. 
Minęło dobre pół godziny lub godzina. Rozmawiając z Kamilem i napawając się ich obecnością, zauważyłam, że pies już zdążył pozaczepiac i obwąchac cały mój niewielki pokój, który widocznie uznał za swój. Z lubością wytarzał się we frędzlowanym dywanie. Zdążyłam zauważyc, że mój nowy podopieczny jest do cna zapchlony. Co chwilę piszczał i wył z bólu, usiłując zdrapac z siebie okropne pasożyty, które gryzły go i nie dawały spokoju, włażąc nawet do oczek i uszu. Nic nie mogłam jednak na to poradzic, a preparat kupic mu dopiero dnia następnego - urodziny wypadały mi w niedzielę. 
Wkrótce poszłam z nim oraz Kamilem na pierwszy spacer. A tu - niespodzianka - sukces! Piesek ledwo położony na chodniku, podniósł się, uniósł ogon, rozdziawił pysk w uśmiechu i zaczął przy nodze człapac na trawniczek, na którym rozłożył tylne łapki i załatwił potrzebę. Stałam jak wmurowana, nie wiedząc, co powiedziec. Z doświadczenia byłam niemal pewna, że czeka mnie latanie co pół godziny na dwór, jak przy zeszłym szczeniaku, a i tak zastanę w domu zasikane.. wszystko, zaś samo szczenię będzie się bało samochodów, ludzi.. i wszystkiego. Przynajmniej tak miał Mako. Siadał na chodniku i ani w tę, ani we w tę, uciekał do bloku, a w domu od razu na dywan i siusiu - chocby spacer trwał 3 godziny, on i tak trzymał i wolał w domu. Z oszołomienia zapomniałam zupełnie o tym, że oddycham (haha). Dopiero Kamil klepnął mnie wybudzająco w ramię, żebym nagrodziła psiego bobasa za dobrze zrobioną sprawę. Przywołałam go do siebie i obdarzyłam go sporą dawką pieszczot, jakie przyjął z rozwalonym jęzorem i czystą uciechą. A jaki był pisk i protest, że jeszcze do domu nie idziemy, bo trawnik, ludzie, drzewa, liście, ptaki, samochody! Stety-nie-stety, szczepionki nie zrobione i jakie licho wszędzie się czai, więc spacerki w arcyciekawe miejsca póki co są dla szczeniora niedostępne. 
Pożegnałam niebawem chłopaka, a przyszła moja przyjaciółka na noc. Fado po spacerku wrócił do użerania się z pchłami. Współczułam mu. Dałam mu piłkę tenisową i maskotkę, której nie darzę zbytnio sympatią, by przez żucie i gryzienie mógł wyładowac ból i frustrację na czymś innym, niż sobie. Mógłby sobie zrobic krzywdę. Przez to cała noc wyglądała tak - kilka godzin spania, zerwanie się, pisk, wycie, drapanie, uspokojenie się i pójście dalej spac. Zaliczyliśmy jeszcze dwa spacerki o 19 i 23. Za każdym razem sukcesywnie. Nie wiem jednak, czy to wada, czy zaleta, ale leci za każdym przechodniem, który zwróci na niego uwagę - jakby chciał wykrzesac z siebie 100% słodkości. Zapewne dlatego zdobędę wielu nowych znajomych. To czasem męczące, tym bardziej dzieci, które go podnoszą bez pytania albo wpychają łapy do pyska.. Nikt ich nie wychowuje czy co? 
Rankiem zbudziłam się o 6, choc siedzenie do 4 do niedobry pomysł i wszystkie moje wnętrzności wołały "SPAC". Dlatego szybkie zebranie się, przejście dookoła bloku, siusiu i ponowne zaleganie w łóżku. Zbudziłam się następnym razem o 9 i nakarmiłam szczylka. Niezły z niego łakomczuch, pochłonął całą zawartośc miski, tarzając ją wielkim pyskiem po całej kuchni - dałam mu zwykłą, szklaną, dopóki nie ma swojej. Kolejny spacer o 12, trochę biegania i gryzienia patyka. 
Mój niezastąpiony ukochany, słysząc, że wybieram się do zoologicznego po wstępną wyprawkę, w trymiga znalazł się pod moimi drzwiami. Jak to zrobił - nie wiem, ale to kochane. Wzięłam kasę, jaką miałam i udaliśmy się do zoologa. Nie wiem, w jaki sposób to się stało, ale ciasny zoologiczny stał się mini supermarketem. Było tam wszystko - i na pewno będę tam przychodzic. Zaopatrzyliśmy się w pojemną, metalową miskę z gumowym spodem, czerwoną obróżkę parcianą i plecioną smycz klasyczną biało-czarną - wszystko, mając na uwadze wytrzymałośc i dłuższy czas użytkowania. Rozejrzałam się też za innymi rzeczami, które będą mi potrzebne. Poprosiłam również "bardzo miłą panią sprzedawczynię" o preparat na pchły dla psiaka 4-5kg, na co rzuciła mi chyba pierwszy lepszy. Będąc na minusie o 2zł, jutro doniosę. 
Fadulcowi się spodobało. Preparat na pchły zapuszczony - "pierwszy lepszy" okazał się byc dobry. Po kilku godzinach pchły wypadały z niego jak łupież. Kolejne sukcesy. 
Słowem - dobrze, lepiej, najlepiej! Najlepsze urodziny świata!


11 komentarzy:

  1. Jaki słodziak ^^ gratuluję!!! Wygląda jak futrzana kuleczka ^^
    Cieszę się razem z Tobą :DDDDD

    OdpowiedzUsuń
  2. Przesłodki jest :D Ogromne gratulacje :)
    Miłej współpracy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ahh tak myślałam że dostaniesz tego psiaka. ^^ Jest przeuroczy ! Cieszę się z twojego szczęścia i dbaj o niego jak najlepiej :)

    http://dorota-nevergiveup.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam trochę zakupionych w lumpku ubranek dla dzieci(bo są kolorowe i w słodkie wzory) i muszę jej coś uszyć :) jakąś sukienkę, bluzę, kurteczkę, jakieś buciki zrobić ;)ma być taka na słodko ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. A jak tam futrzany kłębek? ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przesłodki on. ;)
    Gratulacje.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hejkaa ;3
    Gratulacje! I co? Marzenia się spełniają. ^^
    Zazdroszczę. Miałam kiedyś pieska, ale zdechł w sylwestra. :c Tęsknię za nim i brakuje mi tych zabaw, miziania, spacerów... Ale o zwierzęciu nie ma mowy. Rodzice stwierdzili, że już za bardzo się wymęczyli po ostatnim. To nie tak, że go nie kochali, po prostu był ogromną odpowiedzialnością, bo dodatkowo był chory. :(
    Dobrze, że preparat na pchły zadziałał. ^^
    Psiak jest przesłodki. *-*
    P.s. P.s. U mnie nareszcie nowa notka, mam nadzieję, że uda mi się nadrobić zaległości w te wakacje. :3

    OdpowiedzUsuń